Link 06.06.2008 :: 14:13 Komentuj (0)
Bardzo chętnie zrobiłabym coś angażującego i ważnego, ale wolę nudę. Ważną i interesującą rzecz planuję na za niedługo, to i tak spore wyzwanie... Mało się znamy z moim kuzynostwem stąd. Jakoś tak wyszło, że parę lat temu przestaliśmy się widywać i wszelkie kontakty się pourywały. Po ostatnich 50- i 60-letnich rocznicach wujostwa naszła mnie myśl - mam genialną rodzinę. Więc organizujemy spęd spokrewnionej ludności, tzn. ja rzuciłam pomysłem i czekam na wakacje, żeby go zrealizować. Co nie będzie łatwe, bo rozrzut wiekowy jest dość duży. No. A poza tym kombinuję nad swoją firmą, której założenie głównie kombinowania wymaga. Składam do kupy pomysły, staram się to jakoś obliczyć... i jestem zmęczona. Szczerze mówiąc, głęboko wierzę, że to nie wypali. Taka prawda. Bardzo chcę, kombinuję, żeby się udało, ale moja wiara w siebie...szkoda gadać. Nigdy nie robiłam nic, co wymagałoby aż tak dużej odpowiedzialności - organizacyjnej, prawnej, finansowej, no i za ludzi. Łeb mi pęka od myślenia i bardzo zazdroszczę ludziom, którzy potrafią poświęcić się jednej tylko rzeczy przez całe życie, pracować naukowo nad jedną kwestią, albo mieć tylko rodzinę, czerpać z tego radość oraz sens. Ja jestem wielozadaniowa i bardzo mi to przeszkadza. Inaczej po prostu się nie spełniam. Bez zadań na dzień, tydzień czy miesiąc jestem rozlazła, nie umiem się ogarnąć. Jeden cel to za mało, czemu - nie wiadomo. Z kolei przy tak dużych zadaniach próbuję ugryźć całość, co, rzecz jasna, jest niemożliwe. Grunt to umieć dzielić zadania na kawałki i organizować czas...
Więc nuda. Grill albo ognisko marzy mi się. Jedzenie. Jeżdżenie na rowerze, kino, książki /ostatnio jakoś ambitniej w tej materii/. Albo rysowanie głupot i wmawianie ludziom, że to postmodernistyczna grafika użytkowa człowieka urodzonego w stanie wojennym, człowieka umęczonego rolą kobiety w pogibanym świecie, człowieka, który widzi świat tysiąca możliwości i ludzi, którzy pędza przez ten świat do pracy, bo dzięki niej podobno jest ciekawie w ich szarym życiu. Niepojęte, ale człowiek zabiegany ma pieniądze. A pieniądze zastępują mózg.
A co ma człowiek zajeżdżony?
Nie wiem, idę pojeździć.


Stan na dzień dzisiejszy, stan na dzień jutrzejszy


Link 12.06.2008 :: 11:02 Komentuj (0)

Bohaterka pani
powieści latami znosi razy od męża, tuszuje sińce pudrem i opowiada
nieprawdopodobne historie, aby go wytłumaczyć. Dlaczego przyzwala na
takie traktowanie?


Kobiety nigdy na to nie
przyzwalają, tylko nie umieją sobie z tym poradzić. Już w samym słowie
„przyzwalanie” jest coś, co oddziela nas od tych kobiet. No bo przecież
gdyby tego nie lubiła, toby z nim nie była, prawda? Może coś z tym
zrobić. Wyjść, poprosić o pomoc… Otóż nie. Gdyby mogła, toby zrobiła.
Córka Austriaka Frietzla 24 lata przesiedziała w schronie. Dlaczego nie
dała ojcu w łeb? Bo groził, że zagazuje jej dzieci. Dopóki nie
znalazłyśmy się w takiej sytuacji, nie wolno nam oceniać, wolno nam
tylko pomagać.


 Pani nie pozwalała sobą manipulować?


Z tym było trochę gorzej, ale w
porę mówiłam „stop”. Każda z nas daje się czasami wmanewrować w
sytuacje, na które nie ma ochoty. Ważne, by w odpowiednim momencie się
zatrzymać. Same też trochę manipulujemy, nawet nieświadomie, bo chcemy
coś osiągnąć w związku. Żeby on nam coś kupił albo był milszy, albo
poszedł z nami do kina. Wszyscy lubimy gry i zabawy towarzyskie, flirty i dowcipy wynikające z sytuacji. Uznajemy, że one dowodzą
inteligencji. A to nie jest opłacalna gra. W związku nie mamy być
inteligentni. Mamy być mądrzy, dobrzy, kochający i otwarci.

W jednym z
wywiadów powiedziała pani, że żyła pani w związku, w którym dochodziło
do zdrad, żyła pani w upokorzeniu. Jak to możliwe z pani mocną
osobowością?


Tak się dzieje, kiedy człowiek
nie odróżnia pokory od upokorzenia, miłości od zauroczenia, seksu od
prawdziwego miłosnego aktu. Teraz jest tendencja do nieangażowania się,
żeby uniknąć zranienia. 

Z jakiego powodu poddała się pani psychoterapii?

Wyhodowałam sobie raka, moje
obydwa małżeństwa się nie udały – a też potrafiłam zranić męża, moje
dziecko chowało się bez ojca… Stuknęłam się w głowę i zastanowiłam się,
jaki mam wkład w to, że o mało co nie umarłam, jestem sama i potrafię
nie widzieć tego, co może zranić innych ludzi. To wystarczający powód.


Mnie nigdy nie przyszłoby do głowy, że mężczyzna ma się mną opiekować.


Mnie to przyszło do głowy
cztery lata temu. Że nie ma w tym absolutnie nic złego, kiedy on jest
opiekunem. I jest ktoś taki koło mnie, kto mnie chroni przed światem.
Ale ja na nim nie wiszę. Jestem osobną osobą. Mogę się do niego zwrócić
o pomoc, co nie znaczy, że nie mogę bez niego żyć. I że on nie może żyć
beze mnie. Możemy żyć bez siebie, ale chcemy żyć ze sobą. Na tym polega
różnica: zamiast „muszę” jest „mogę”. I jest jeszcze słowo „wybieram”,
więc wybieram taką możliwość. I niczym więcej się nie przejmuję.




Link 21.06.2008 :: 21:36 Komentuj (0)
Boże, jaka ja kiedyś byłam fajna. Niby z dołami, a ile tam było jednocześnie kolorytu i niespodzianki dnia następnego. Oraz chęci, odwagi i ...udawania. No ale. Ale nie tylko.
Z cyklu "mądrości Złej Cioci" - facet nigdy nie pozwoli sobie na to, żeby mu było źle. A ja sobie pozwoliłam.
Zbyt wiele analiz kończy się debilizmem. Powroty bywają dobre. Stare śmieci z nowym podejściem również.
Jeszcze gdzieś musi być złoty środek pomiędzy realizmem a myśleniem życzeniowym.


Design: Werka

Photo: Dominique