Stan na dzień dzisiejszy, stan na dzień jutrzejszy
Link 12.06.2008 :: 11:02
Komentuj (0)Bohaterka pani
powieści latami znosi razy od męża, tuszuje sińce pudrem i opowiada
nieprawdopodobne historie, aby go wytłumaczyć. Dlaczego przyzwala na
takie traktowanie?
Kobiety nigdy na to nie
przyzwalają, tylko nie umieją sobie z tym poradzić. Już w samym słowie
„przyzwalanie” jest coś, co oddziela nas od tych kobiet. No bo przecież
gdyby tego nie lubiła, toby z nim nie była, prawda? Może coś z tym
zrobić. Wyjść, poprosić o pomoc… Otóż nie. Gdyby mogła, toby zrobiła.
Córka Austriaka Frietzla 24 lata przesiedziała w schronie. Dlaczego nie
dała ojcu w łeb? Bo groził, że zagazuje jej dzieci. Dopóki nie
znalazłyśmy się w takiej sytuacji, nie wolno nam oceniać, wolno nam
tylko pomagać.
Pani nie pozwalała sobą manipulować?
Z tym było trochę gorzej, ale w
porę mówiłam „stop”. Każda z nas daje się czasami wmanewrować w
sytuacje, na które nie ma ochoty. Ważne, by w odpowiednim momencie się
zatrzymać. Same też trochę manipulujemy, nawet nieświadomie, bo chcemy
coś osiągnąć w związku. Żeby on nam coś kupił albo był milszy, albo
poszedł z nami do kina. Wszyscy lubimy gry i zabawy towarzyskie, flirty i dowcipy wynikające z sytuacji. Uznajemy, że one dowodzą
inteligencji. A to nie jest opłacalna gra. W związku nie mamy być
inteligentni. Mamy być mądrzy, dobrzy, kochający i otwarci.
W jednym z
wywiadów powiedziała pani, że żyła pani w związku, w którym dochodziło
do zdrad, żyła pani w upokorzeniu. Jak to możliwe z pani mocną
osobowością?
Tak się dzieje, kiedy człowiek
nie odróżnia pokory od upokorzenia, miłości od zauroczenia, seksu od
prawdziwego miłosnego aktu. Teraz jest tendencja do nieangażowania się,
żeby uniknąć zranienia.
Z jakiego powodu poddała się pani psychoterapii?
Wyhodowałam sobie raka, moje
obydwa małżeństwa się nie udały – a też potrafiłam zranić męża, moje
dziecko chowało się bez ojca… Stuknęłam się w głowę i zastanowiłam się,
jaki mam wkład w to, że o mało co nie umarłam, jestem sama i potrafię
nie widzieć tego, co może zranić innych ludzi. To wystarczający powód.
Mnie nigdy nie przyszłoby do głowy, że mężczyzna ma się mną opiekować.
Mnie to przyszło do głowy
cztery lata temu. Że nie ma w tym absolutnie nic złego, kiedy on jest
opiekunem. I jest ktoś taki koło mnie, kto mnie chroni przed światem.
Ale ja na nim nie wiszę. Jestem osobną osobą. Mogę się do niego zwrócić
o pomoc, co nie znaczy, że nie mogę bez niego żyć. I że on nie może żyć
beze mnie. Możemy żyć bez siebie, ale chcemy żyć ze sobą. Na tym polega
różnica: zamiast „muszę” jest „mogę”. I jest jeszcze słowo „wybieram”,
więc wybieram taką możliwość. I niczym więcej się nie przejmuję.